Andrzej Komorowski: Samotność jest atrybutem każdej rzeczywistości zakłóconej

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Andrzej Komorowski: Ludziom potrzebna jest miłość. Potrzebna jest bliskość. Jeśli nie możesz się spotkać z bliskimi, to powiedz im, że ich kochasz
Andrzej Komorowski: Ludziom potrzebna jest miłość. Potrzebna jest bliskość. Jeśli nie możesz się spotkać z bliskimi, to powiedz im, że ich kochasz Bruno Fidrych/Polskapresse
Pyrrusowe zwycięstwo, którego dokonujemy w tej pandemii jest takie, że każdy z nas pozostaje sam ze swoim problemem. Z tym właśnie wiąże się pojęcie samotności w trakcie tego pandemicznego problemu, czyli tej olbrzymiej zarazy, która ogarnia wszystkich dookoła, która przeraża nas do tego stopnia, że czując się, że nie potrafimy temu sprostać, żeby to zrozumieć i się temu przeciwstawić, a przynajmniej bezpiecznie przejść przez to, nie robimy z tego zgrywy. Brakuje nam poczucia humoru i dystansu - mówi Andrzej Komorowski, terapeuta.

Kryzys. Można powiedzieć, że pandemia odpowiada nie tylko za kryzys gospodarczy, ale też psychiczny?

Pewnie, że można tak powiedzieć. Oczywiście, sprawa jest zróżnicowana. Jedni wchodząc do gabinetu pytają mnie: „A pan w to wierzy, panie doktorze?”

Aha. Czyli dalej to samo.

Tak. To jest tak zwana nuta naiwności. Na twarzy nie mają maseczki. Kiedy ich o to pytam oraz proszę, aby się udali za drzwi, nałożyli maseczkę i przyszli, są rozczarowani, rozgoryczeni, odczuwają żal. Nie znajdują we mnie posłuchu. Czują się odrzuceni, a ja ich nie rozumiem. To pogłębia w nich poczucie, że nic się nie zmienia. Nikt ich nie rozumie. Są samotni, biedni…

… i nieszczęśliwi. Jakbym słyszała dawną siebie.

Mówiąc po ludzku, ludzie nie bardzo rozumieją, co się naprawdę dzieje, bo nie odróżniają bakterii od wirusa. Niestety, sprawdziłem to. Nie było w tym gronie żadnej kobiety. Wszyscy wyraziciele tego poglądu legitymowali się brakiem wyższego wykształcenia. To oczywiście niczego nie zmienia, bo mogli okazać się inteligentni, ciekawi, wspaniali, no ale. Wykazywali się ignorancją logicznego myślenia.

Dziwne. Słowo wirus od marca, dzień w dzień odmienia się przez wszystkie chyba przypadki. Nie dotarło do nich?

„Wirus panie, czy bakteria, to antybiotyka człowiekowi trzeba dać, zabije”. I to są ludzie majętni, choć przede wszystkim – przestraszeni i bezradni. I to jest głównym motorem tego wątpienia, a nie ich wykształcenie, czy cokolwiek innego. Oraz samotność.

Może stąd to wynika, że ani rządzący, ani media, nie potrafią w sposób jasny, prosty i czytelny mówić o koronawirusie? Na zachodzie, mam wrażenie, umieją. U nas ze strony rządzących słyszymy albo o obostrzeniach, albo o luzowaniu. Media straszą, bo śmierć dobrze się sprzedaje. Nie ma w tych przekazach nadziei, czy choćby poczucia humoru. Ludzie tracą orientację?

Widzi pani, samopoczucie oraz relacje międzyludzkie w tych „dzikich” krajach zachodu są takie, że tam potrafią się śmiać. Również do dzieci. Potrafią też tę pandemię wytłumaczyć dzieciom, czy to w formie bajki, czy zgrywy, czy po prostu żartu. Mówiłem już kiedyś pani o moim wnuczku – ma 4,5 roku.

Tak. Mieszka w Anglii.

Otóż w szkole dowiedział się, że Chopin umarł. Bardzo to przeżył. Ta Anglia jest jakaś dziwna. Trzeba tam posyłać te biedne dzieci do szkoły w takim wieku. Nie mogą sobie odpocząć. U nas za to odpoczęły i potem na pewno lepiej będą się uczyć.

Wiem, co chce mi Pan powiedzieć.

Proszę pani, jesteśmy nielogiczni. Nie potrafimy traktować dzieci jak partnerów. Traktujemy je jak małe, głupie stworzenia.

Bo dzieci i ryby głosu nie mają.

Tak, tak. Wbrew pozorom, że jesteśmy swobodnymi ludźmi i możemy sobie powiedzieć, że nie bijemy dzieci…

… taaaak, jasne. Nie bijemy.

To na dodatek mamy do dzieci stosunek pobłażliwy. Nie traktując ich poważnie, sami nie jesteśmy poważnie traktowani. Nie ma się co dziwić, że chorujemy na dziaderię. Ale to zupełnie inna sprawa.

Racja. Wróćmy do kryzysu psychicznego z powodu pandemii. Co się w takim kryzysie zawiera?

Zawiera się choćby to, że każdy z nas ma swoje wytłumaczenie. Jedni wiedzą, wytłumaczyła to zresztą pewna piosenkarka, że wszystko to jest udawane, a w szpitalach leżą statyści. Drudzy uważają, że to Chińczycy rozpoczęli całą sprawę i mają na to poparcie takie, że to jest osąd ONZ-u. Muszą przecież znaleźć do tego jakiś autorytet. Ale gdzie o tym przeczytali? Nie pamiętają. Ale wiedzą, że oni to zmontowali i przesłali do nas. Niczego to nie zmienia, ale daje wytłumaczenie. Bo jeżeli jest to spisek, to nie musimy znać wszystkich mechanizmów. Nie musimy tego też rozumieć; możemy to traktować magicznie. No i mamy wroga. A my lubimy mieć wroga, a nie przeciwnika. Z przeciwnikiem można się porozumieć, albo i nie, ale to nie to samo, co z wrogiem. Wroga trzeba zabić. A to niemożliwe. Bo jeśli zabije pani wroga, to z kim będzie walczyć? Pyrrusowe zwycięstwo, którego dokonujemy w tej pandemii jest takie, że każdy z nas pozostaje sam ze swoim problemem. Z tym właśnie wiąże się pojęcie samotności w trakcie tego pandemicznego problemu, czyli tej olbrzymiej zarazy, która ogarnia wszystkich dookoła, która przeraża nas do tego stopnia, że czując się, że nie potrafimy temu sprostać, żeby to zrozumieć i się temu przeciwstawić, a przynajmniej bezpiecznie przejść przez to, nie robimy z tego zgrywy. Brakuje nam poczucia humoru i dystansu. Dodatkowo, jeżeli ktoś jest dowcipny i ekspresyjny, jak na przykład profesor Krzysztof Simon, to nie potrafimy go pojąć, chociaż trafia do wszystkich, nawet do ludzi z tak zwanej innej opcji, jak to się dzisiaj mówi, choć można by powiedzieć, że ma inne poglądy. Ale poczucie samotności jest najgorszą rzeczą.

Właśnie, samotność. Jak się ma do samotności w pandemii?

Samotność człowiecza objawia się tym, że znajdujemy się w takim stanie emocjonalnym, subiektywnym, wyłącznie naszym, że ten stan emocjonalny nie pozwala nam mieć bliskości z nikim. To jest indywidualny, alienacyjny stan społecznej izolacji. Tylko to, że jesteśmy w innym stanie izolacji, że nas nikt nie rozumie, to Polak jest w stanie przyjąć. Najczęściej uważamy, że oni wszyscy nas nie rozumieją i są głupi. Ale kiedy się okazuje, że nikt nie podziela naszego poglądu, bo nas nie lubi, to wtedy człowiek czuje się samotny kompletnie.

Jest też i ta samotność, wynikająca z izolacji, w związku z czym nie mogę się z nikim spotkać. Wszyscy boimy się spotykać.

Wszyscy się siebie boją. Nie dlatego, że kłamią, że mówią nieprawdę.

Siebie samych się boimy?

Siebie samych też. Myśląc, że tamci drudzy też nas pewnie oszukają. Co prawda w pandemię nie wierzymy, ale jak ktoś się do nas zbliży, to tragedia. Nie wierzymy w pandemię, ale nie ma mowy, żebyśmy poszli pomagać jako wolontariat na oddziały szpitalne. Ale jak ktoś w tramwaju zawołał: „Ja proszę państwa jadę do szpitala, bo się czuję, że jestem chora na COVID”, to pasażerowie z tego tramwaju uciekli szybciej niż ta pani dokończyła to zdanie. A kiedy ktoś nie ma maski i usłyszy, że ktoś mu zwraca uwagę, to się obraża. Bo tak naprawdę chciałby nareszcie odetchnąć pełną piersią i poczuć się w końcu wolnym.

Nikt nas nie rozumie, nikt się nami nie zaopiekuje – rozumiem, że można mieć takie podejście i czuć się przez to samotnym. Odwołam się do innej samotności – człowieka chorego na COVID-19, który jest w izolacji i nikt nie może do odwiedzić.

To jest przerażające. Tego się ludzie boją najbardziej. Nikt nie zapyta: „Jak pan się czuje, panie Zdzisławie? Co tam u pana?”

Niby mogą zadzwonić. Znajomi, rodzina. Mogą napisać maila, wysłać wiadomość. Syn przyniesie zakupy i zostawi na wycieraczce pod drzwiami, choć to samo w sobie nie brzmi dobrze.

No tak, bo na wycieraczce buty się wyciera, a tu stawia się jedzenie.

W tych reklamówkach.

To jest straszna samotność. A kiedy, dajmy na to, do sali, w której pani leży chora na COVID wchodzi zamaskowana postać, której pani nie zna i nie może pani potrzymać za rękę, to jest pani przerażona. Każdy człowiek w chorobie potrzebuje drugiego człowieka, potrzebuje bliskości. Obojętnie, chodzi o to, aby ta pielęgniarka weszła i powiedziała: „Jak się pan czuje? Proszę się nie martwić”. W Anglii proszę pani ludzkość twardo dziękuje medykom. O godzinie 12 w południe, w dzień świąteczny, w sobotę i niedzielę ludzie wychodzą na balkony i klaszczą. Wie pani, że to trwa do tej pory? Przedziwne, prawda? Jedni ludzie drugim okazują życzliwość. Spotykając się w windzie (kiedy nie ma COVID-u) mówią: „Ładnie wyglądasz. Co u ciebie?” A w czasie pandemii potrafią zapukać do drzwi sąsiada i zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. U nas też tak było.

I co się z tym stało?

Przestraszyliśmy się. Sami sobie robimy samotność. Ta samotność nie tkwi tylko w tych zarządzeniach, które mówią, że dzisiaj nie zjeżdżacie po stokach, a jutro, że będziecie po nich zjeżdżać. To podważa zaufanie do rządzących. Ale to jest wkalkulowane w rzeczywistość. Tymczasem my generalnie boimy się tego, że to wszystko się zmienia, że raz wątpimy, innym razem nie wątpimy. Że nie wiemy o co chodzi. Że boimy się, że się udusimy. Że mamy gorączkę i nie mamy komu o tym powiedzieć. Opowiem pani taką historię. Pewna moja znajoma Ślązaczka dostała telefon od siostry. „Przyjeżdżaj i pomóż. Chyba jestem przeziębiona”. Wsiadła w pociąg i przyjechała. Siostra była od niej starsza i opiekowała się niepełnosprawną córką. Została. Starała się pomagać. Siostra po 3 dniach zmarła na COVID. Córka wkrótce podążyła za nią. Została sama. W obcym mieszkaniu. Czuła, że jest z nią coraz gorzej. Zadzwoniła po pogotowie. Zabrano ją do szpitala. Przez 2 tygodnie wydzwanialiśmy do siebie prawie codziennie. Mówiła mi o swojej stracie, samotności. O tym, że już nikogo nie ma na świecie i że jak umrze, to nikt nie pójdzie za jej trumną. „I kto to wszystko załatwi, panie Andrzeju?” To było jej główne pytanie. Jakoś się z tego wykaraskała. Zaczęła żyć samotnie i zaczęła sobie zadawać kolejne pytania: „Co ze świętami. gdzie pojadę i kogo zaproszę”. Cały czas cierpiała na pocovidowe komplikacje. Znaleźliśmy wspólny cel. Przecież ktoś musi pójść na groby do jej najbliższych. A ponieważ czuła, że na Śłąsk Cieszyński nie da rady jechać, wynajęła firmę, która to wszystko za nią tam teraz załatwia. J”aka będzie moja przyszłość, już nie mam nikogo?” To jest pytanie, które cały czas zadaje. Pomogła konkluzja z jednej piosenki: „Ja jeszcze z wiosną się roztańczę”. Czekamy więc do wiosny.

Jakiego rodzaju straty w naszym wnętrzu powoduje ten stan?

Izolacji?

Tak. Stan przenikliwej samotności, można by go nazwać.

Straty dotyczą tego, że nie będziemy umieli sobie wzajemnie pomagać, nie będziemy umieli ze sobą współpracować. Zawsze w przeciwniku zobaczymy wroga i bardzo boimy się być sami. Jesteśmy jak dziecko, któremu zgasi się światło w pokoju i ono zaczyna przeraźliwie krzyczeć. Co wtedy matka robi? Matka go wychowuje. Nie idzie do niego. Zamyka mu drzwi. Ono już tam wyje, serce się matce kroi, ale matka je wychowuje. Bo mąż powiedział: „Nie Jadzia! Nie wchodzisz! On się musi przełamać!” A później dostają dziecko mokre, osikane, pełne przerażenia i co najważniejsze – zawodu. Zawiodło się na rodzicach. Mimo że krzyczał głośno, mimo że oni na pewno byli za ścianą, to nikt do niego nie przyszedł. W przypadku chorych na COVID to generalnie ludzie są pomocni. Pomagają. Ale czasem trafi się ktoś, kto jest sam. Kto zaczyna wszystkiego nienawidzić, bo jest jedną z dwóch pielęgniarek na kilkudziesięciu chorych. A ci chorzy wyją, robią pod siebie, ich odchody śmierdzą. Chora kobieta wyje przy łóżku, ale niedługo przestanie, bo umrze. Można się poczuć przerażonym. Jak widziałem w jakimś telewizyjnym reportażu: „Za półtorej godziny ktoś do mnie przyjdzie. A ja, teraz się duszę. Krzyczałem, dzwonek naciskałem trzydzieści razy, ale nikt się nie pojawił. Ze strachu oszaleję”. Oczywiście, ktoś potem do niego przyszedł. Nie umarł. Podłączono mu tlen, dostał wszystko co trzeba. Ale ta chwila granicznego przerażenia, jak u małego dziecka, któremu zgaszono światło – to jest straszne. Nie można nikomu pokazać, ile się ma gorączki. Nie ma komu powiedzieć, że się jest spoconym. Nie może pokazać, że ma w sobie lęk. Lęku nie może pokazać.

A może wynika to z tego, że generalnie nie nauczyliśmy się ze sobą być? Że się nie lubimy? Że nie przyszło nam do głowy, żeby siebie kochać, że dla siebie się jest najważniejszym? W końcu rodzimy się sami, sami umieramy i może warto do tego rodzaju bycia samemu się przyzwyczaić?

Tak, śmierć jest samotna. Ale czy my potrafimy być sami? Potrafimy siebie kochać? Nie, bo w naszej kulturze specyficznie chrześcijańskiej, katolickiej, nie wypada powiedzieć coś dobrego o sobie. Jak przyjdzie pani w nowej kiecce do pracy i ktoś powie: „Ale masz ładną kieckę”, to pani od razu powie: „A skąd, to stara! Stara!”.

Za dwa złote w ciucholandzie kupiona!

Właśnie. Ale kobieta kobiecie to jeszcze potrafi powiedzieć w toalecie przy myciu rąk i patrzeniu w lustro: „Ale ma pani ładną bluzkę”. Ale gdyby w tej samej toalecie facet facetowi przy myciu rąk powiedział: „Ale ma pan śliczną koszulę”, to tamten ze strachu zjadłby pół tej koszuli, myśląc: „Ale pedał”, chociaż oczywiście jest tolerancyjny i uznaje równość. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do komplementów.

To porażka, że rodzice nie mówią dzieciom, że mają się kochać najbardziej na świecie i być dla siebie najważniejszymi.

Rzeczywiście, tak jest. Wychodzę przed dom wczasowy w pewnej miejscowości i widzę, jak biegnie chłopczyk dwu i pół letni, w samej koszulce, bez majtek. A za nim ojciec, który krzyczy na niego: „Klaudiusz! Schowaj peniska, bo wstyd!” Ani ten Klaudiusz nie wie, dlaczego ma schować, ani nie wie, co to znaczy penisek. Tatuś zwariował. Ale tatuś jest kierownikiem ośrodka i chce pokazać, jaki jest elokwentny i zna obce wyrazy. Czasami w ogóle nie zwracamy uwagi, do kogo kierujemy swoje słowa. A poza tym, nie mówimy sobie miłych rzeczy. Nikt nikomu nie powie: „Stary, chwalę cię, bo tylko ty umiesz to zrobić!”. Dziecko nie jest przyzwyczajone, żeby rodzice powiedzieli: „Ładna jesteś, córeczko”. Nie. Częściej mówią: „Słuchaj, weź no ty popraw sobie te włosy, dobrze?”.

Jak Pan odebrał wiadomość rządową, że w święta to najlepiej samemu, a jeśli już musimy z rodziną, to maksymalnie pięć osób? Dlaczego pięć, a nie na przykład sześć? I co zrobić z tą szóstą w takim razie?

Nigdy pani nie dopasuje ludziom liczby, która jest potrzebna. Ale chciałbym zwrócić uwagę na coś innego. Boże Narodzenie to również pusty talerz przy stole. Stał się on symbolem zesłańca. Może pani pamięta te słynne obrazy, siedzącą przy wigilijnym stole rodzinę i to, jak wchodzi zesłaniec.

W stanie wojennym pusty talerz stawiało się dla internowanego.

Kiedyś jedna z telewizji zrobiła eksperyment. Posłała dwóch dziennikarzy, aby w wigilie poszli do ludzi i poprosili o miejsce przy stole.

Miejsce dla strudzonego wędrowca.

Tak. Strudzony wędrowiec przyszedł do jakiegoś domu, zaśpiewał, jak cudowna krakowska piosenkarka Elżbieta Wojnowska, „Zaproście mnie do stołu”. I co z tego? Nikt go nie zaprosił. Mówiono mu: „Masz pan tu stówę, no wie pan, rodzina przyjechała, jakoś tak nie uchodzi, ale… Basia! Weź no panu zapakuj!” Ale nikt go nie zaprosił do stołu. Teraz ludzie boją się tego samego.

Czego?

Rewanżu za tamten niezaproszony czas, bo puste miejsce przy stole jest dla obcego. A my obcego mamy odrzucić. Może ma zarazki? Może nas zarazić. Obcy nie jest miłym do spotkania przy stole wędrowcem. Won. Ale musimy pamiętać o jednym. To kiedyś wyjdzie. Za tym stołem, przy tym pustym miejscu, zasiądzie ktoś z PiS-u, jeśli do niego nie należycie. Albo ktoś z Platformy – jeśli do niej nie należycie. Będziecie musieli zaprosić go do stołu. Może to będzie wasz zięć. Może wasza córka, która przyjedzie zza granicy. Jeśli ich nie zaprosicie, to będziecie musieli ich odrzucić. Wtedy oni was też nie zaproszą. Czy to nie jest głupie?

Słyszę, że rodzice nie chcą przyjeżdżać na wigilie do dzieci, ani nie chcą, żeby dzieci do nich przyjechały. Boją koronawirusa. Świąt też nie chcą robić. Żadnego ubierania choinki, żadnego gotowania grzybków. Jak wytłumaczyć rodzicom, że warto. Warto spotkać się choć na chwilę, w maseczkach? Warto zrobić święta?

Wystarczy powiedzieć: „Kocham cię, mamo. Tęsknię za tobą. Chciałabym się z tobą spotkać na święta. Wiesz, przy stole może być tylko pięć osób, ale ja wcale nie muszę być na kolacji. Chciałabym cię tylko zobaczyć”. Ludziom, proszę pani, potrzebna jest miłość. Potrzebna jest bliskość. Jeśli nie możesz się spotkać z bliskimi, do których przez COVID nie pojedziesz, to powiedz im przez telefon, że ich kochasz. Powiedz im dobre słowo. Że są dla ciebie drodzy. Są dla ciebie ważni. Wie pani, samemu można być. Gorzej, jak się jest samotnym. To jak Robinson Cruzoe na bezludnej wyspie. On nie wybrał samotności. Ona się zdarzyła.

Może my teraz jesteśmy współczesnymi Robinsonami.

Robinsonowie współczesnego świata są inni. Oni nie zostali sami w wyniku wybuchu straszliwej hekatomby. Oni są sami wewnętrznie. W duchu. Z różnych powodów. Albo ich nikt nie rozumie. Albo oni nikogo nie rozumieją.

Może ta pandemia okazać się hekatombą, z której wyjdziemy tacy…

… poranieni? Nie wiem, jacy wyjdziemy z tej hekatomby. Ale myślę, że będziemy tęsknić za ludźmi. W wielu przypadkach będziemy naprawdę samotni. Samotność jest atrybutem każdej rzeczywistości zakłóconej. Każda rzeczywistość zakłócona prowadzi do braku integracji. Tymczasem ludzie potrzebują społecznej bliskości. Człowiek jest zwierzęciem społecznym. Dąży do bliskości z innymi ludźmi. Tego nie należy zapominać.

Będzie waloryzacja 500+?

Wideo

Materiał oryginalny: Andrzej Komorowski: Samotność jest atrybutem każdej rzeczywistości zakłóconej - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie